wtorek, 19 czerwca 2018

REGENERUM- Regeneracyjne serum do paznokci

REGENERUM- Regeneracyjne serum do paznokci


Bardzo często zwracam uwagę na paznokcie nie tylko u siebie ale i u innych. Nie wiem ale zawsze miałam bzika na punkcie ładnych i zadbanych dłoni. Niestety czasem nie jest tak jak się chce. Od dobrych 6-ciu miesięcy męczę się z łamliwością paznokci. Nigdy wcześniej mnie ten problem nie dotykał, cieszyłam się zawsze mega mocnymi paznokciami a ostatnio totalna klapa.  Nawet malować mi się ich odechciało, no bo jak? 


Od kilku tygodniu testuję dość słynne serum regeneracyjne od REGENERUM. Jego zadaniem jest pozbycie się problemu kruchości, łamliwości, rozdwajania płytki oraz suchych skórek Jego forma jest w bardzo wygodnej tubce z pędzelkiem, dzięki któremu bezpośrednio nakładamy produkt na paznokcie. Konsystencja kosmetyku jest oleista dzięki zawartości olejku makadamia, ze słodkich migdałów, olejku cytrynowego oraz z pestek winogron. Plusem jest, że serum nie spływa z paznokci i możemy śmiało i porządnie wmasować go w skórki jak i w całą płytkę.



Przede wszystkim pierwsze co da się zauważyć to wpływ serum na skórki. Bardzo szybko zrobiły się miękkie i jakby cieńsze i mniej widoczne. Na zdjęciu macie przykład usuniętych skórek z przed dwóch tygodni. Na szczęście nie muszę już ich pilnować i skubać. Niestety tak szybko nie poszło już z płytką. Po tygodniu stosowania zero efektu, po dwóch jakby lekko czułam, że stają się twardsze i odporniejsze na uderzenie. Po trzech tygodniach zaczęły szybciej rosnąć, dzięki czemu mogłam wyrównać ich długość tak jak powinny wyglądać. Po upływie miesiąca mogę pochwalić się równymi, nie łamiącymi się i nie rozdwajającymi paznokciami! Kuracja nadal trwa, nie chcę przerywać tej passy i mimo, iż używam serum nawet 2 razy dziennie, to tubki zostało jeszcze z dobrą połowę.


Na koniec powiem tak, że zdania są podzielone na temat tego serum. Otóż moja bratowa również go używała, przy czym jej paznokcie były totalnie cienkie jak wióry. Niestety serum nie pomogło jej ani jej paznokciom, mimo zużycia go do końca. Moim pazurkom już się bardziej spodobał i bardzo się z nim polubiliśmy! Zawartość witaminy A i E oraz  odżywczych składników pomogły im. Paznokcie są naprawdę wzmocnione i zregenerowane a suchym skórkom powiedzieliśmy bye bye! Malutka tubka, bardzo wydajna a koszt zaledwie 13 zł.




Pozdrawiam,


sobota, 16 czerwca 2018

Midnight Jasmine Yankee Candle

Midnight Jasmine Yankee Candle



Uwielbiam jaśmin! Nie ważne czy jest to świeczka, czy wosk, czy inny zapachowy gadżet. Akcent jaśminu np. w perfumach potrafi naprawdę wywrócić wszystko do góry kołami! Niby taki niepozorny ale ma swoją moc, swój urok i czar. Producenci na szczęście wiedzą po co sięgać, by dać się namówić i przepaść!  Midnight Jasmine to wosk z Yankee Candle, który proponuje Nam Goodies! Wosk z serii kwiatowej łączący zapach jaśminu, neroli, kwiatu mandarynki oraz wiciokrzewu ( czymkolwiek to jest).


Zapach już na sucho obiecuje niezłą imprezę. Bardzo intensywny, mocny prawdziwie jaśminowy! Wąchając mam wrażenie, że ta biała tartaletka to nic innego jak zmielone i ściśnięte płatki jaśminu! Tak piękny, tak realny, że wręcz nie da się przejść koło niego obojętnie! Bardzo szybko otula mieszkanie, zaznaczając swoją obecność! Bardzo świeży z lekką nutą kwaskowatości, być może to urok zacnej mandarynki lub neroli. Nie mniej jednak rządzi tu tak czy siak jaśmin, który nie daje się wyprzedzić nikomu innemu!


Fantastyczny zapach, intensywnie kwiatowy, do złudzenia jaśminowy. Mimo swojej mocy potrafi sprawić, że mogę się odprężyć, zrelaksować i poczuć się jak leżę plackiem na trawie, na wielkiej łące, w zębach źdzbło trawki a wkoło mnie ćwierkające ptaszki, bzykające pszczoły i zapach kwiatu... Midnight Jasmin to moje zaskoczenie, bardzo pozytywne, utrwalające się w pamięci i dzięki temu na liści mam jego wielki jaśminowy słój!

Cena: 9zł
Dostępność: Goodies



Pozdrawiam,




czwartek, 14 czerwca 2018

Selfie Project 3w1: żel myjący, peeling i maseczka!

Selfie Project 3w1: żel myjący, peeling i maseczka!



Chyba większość z Nas zna powiedzenie, że jak coś jest do wszystkiego to i działanie ma do niczego! Czy sprawdza się to w praktyce? Czasami tak, czasami nie! W moim przypadku jest to taka sytuacja, że mam o tyle dobrą i mało kapryśną skórę, że mało kiedy coś mnie uczula, podrażnia i daje poczucie dyskomfortu. Nie wiem a może to ja jestem nudna jak tak wszystko przyjmuję? W każdym razie dzisiaj chciałam Wam przedstawić kosmetyk, który służy mniej więcej w trzech celach.  Mowa o żelu myjąco - peelingującym, mogący służyć również jako maseczka marki Selfie Project. 


Marka jest mi kompletnie mało znana ale ostatnio mignęła moim oczom w Rossmanie podczas napadu na 2+2.  Kosmetyk 3w1 wydaje się być dobrą opcją i wygodną latem, kiedy wybieramy się na urlop. Po co tachać gromadę kosmetyków jak można jeden. Opakowanie mieści w sobie 150 ml produktu a kosztuje ok. 15 zł. Sam wygląd butelki jest przyjemny, lekki i taki hmmm młodzieżowy. Nawet śmiem sądzić , że przeznaczenie kosmetyku jest bardziej dla nastolatków, sam producent opisuje, że jest to produkt do " skóry młodej z niedoskonałościami". Ja prawie już babcia po 30-stce jak śmiałam po niego sięgnąć? No ale te 3w1 tak bardzo kusiło a no i może młodsza cera by się pojawiła?


Konsystencja to również takie pomieszanie. Z żelem raczej to nie ma nic wspólnego ale bardzo przypomina glinkę poprzez swoje tępe wykończenie. Kolor ziemisty z mnóstwem drobinek. Zapachem przypomina mi zieloną herbatę z cytryną i mnóstwem mięty, którą przełamuje zapach glinki. Produkt jest dość rzadki ale na szczęście nie spływa ze skóry.


No ale jak to jest z jego działaniem? Otóż sprawdziłam go na 3-ech wariantach, do których namawia producent. Jako żel do codziennego mycia twarzy nie do końca sprawdził się tak jak bym chciała. Po nałożeniu na skórę słabo się pieni przez co mam wrażenie, że twarz jest nie do końca oczyszczona. Dodatkowo drobinki peelingujące są upiornie ciężko zmywalne! Trzeba się namachać by spłukać je wszystkie! Druga opcja w roli peelingu sprawdziła się o niebo lepiej. Kosmetyk posiada sporo ścierających kuleczek,które dają porządny, ostry masaż, zdzierając to co trzeba a dając świetnie gładką i przyjemną w dotyku skórę ze zwężonymi porami. Na koniec jako zwolenniczka glinek, strasznie byłam ciekawa jak sprawdzi się w roli maski. No i tutaj miałam leki dylemat, bowiem producent namawia by maseczkę nałożyć i pozostawić ją na 10-15 minut, po czym zmyć. Odkąd sięgam po glinki zawsze wiedziałam, że chcąc zachować jej wartości nie można dopuścić do wyschnięcia i trzeba ją spryskiwać co jakiś czas. A tu zbaraniałam, ale zrobiłam jak kazali. Efekt? Mizerny! Oprócz suchej skorupy, który uniemożliwiała mi jakąkolwiek mimikę dostałam jeden wielki mat, którego nie znoszę! 



Moim skromnym zdaniem jest to seria kosmetyków idealna dla osób borykających się z tłustą cerą, i faktycznie młodą! Myślę, że jako nastolatka czy dziewczyna świeżo po 20-stce byłabym szczęśliwa móc bawić się takim funkcjonalnym kosmetykiem. Osobiście wolę konkretniejsze produkty i raczej te  nie 3w1 a występujące solo. 



Pozdrawiam,



sobota, 9 czerwca 2018

Nature Love- naturalny dezodorant w sztyfcie

Nature Love- naturalny dezodorant w sztyfcie


W mojej pielęgnacji jeśli chodzi o antyperspiranty przeważnie sięgam po te w aerozolu. Jakoś bardziej mi leżą, wygodniej ich mi się używa no i po prostu działanie jak dla mnie zdecydowanie jest lepsze i plus , że nie muszę czekać aż wyschnie, czy wchłonie się produkt w skórę. Jednak bywa tak, że sięgam po inne produkty z czystej ciekawości albo z rekomendacji koleżanek. Dzisiejszy naturalny dezodorant kupiłam, dosłownie za grosze, mimo tego iż jest w sztyfcie, jestem bardzo z niego zadowolona.


Nature Love to naturalny dezodorant w sztyfcie o zapachu świeżej lawendy. Uwielbiam lawendę ale tylko wtedy kiedy jest delikatna, ciepła i przyjemna dla nosa. Tak też między innymi do zakupu skusiła mnie ta ulatniająca się spod zakrętki woń. Kosmetyk posiada bardzo przyjemną konsystencję, która szybko i sprawnie rozprowadza się na skórze. Produkt nie klei się, nie rozwarstwia i nie pozostawia widocznych resztek. Korzystając z uroków pogody dla przestrogi zawsze odczekuję te 5 minut by dezodorant porządnie wchłonął w skórę. Po tym czasie ubieram się i cieszę się lawendową paszką prosto z Prowansalskich pól.


Moja lawenda w sztyfcie skutecznie ogranicza potliwość i neutralizuje nieprzyjemny zapach, oraz daje mi subtelną woń lawendy, która o dziwo utrzymuje się bardzo długie godziny. Przez cały dzień, nie mam widocznych plam pod pachami ani z powodu potliwości ani z powodu odbarwienia po produkcie co mnie bardzo cieszy. Dezodorant jest bardzo delikatny i przyjazny skórze, nie podrażnia jej nawet świeżo po depilacji. Czy sprawdza się w każdej sytuacji? Hmm, jakiś specjalnych wyczynów sportowych prócz biegania za dzieckiem nie mam. Ale każda mama wie, że przy niespełna dwulatku trzeba mieć kondycję i niezle się nabiegać a przy tym napocić. Owy sztyft radzi sobie z moimi wypocinami, hamuje je, nie dając im wyjść na światło dziennie, więc myślę, że również sprawdziłby się przy jakimś maratonie.


Warto wspomnieć, że dozodorant jest naturalny, botaniczny, neutralizuje bakterie powodujące nieprzyjemny zapach. Dodatkowo znajdziemy olej lawendowy odpowiedzialny za wspaniale pachnącą i przyjemną mgiełkę na skórze.  Plusem jest zawartość soku z liści aloesu, który koi skórę. Poza tym sztyft posiada dość sporą dawkę ekstraktów między innymi z porostów, chmielu, oczaru wirginijskiego, kolendry oraz z kwiatu rumianku. Całkiem przyjemna zawartość jak na sztyft, nieprawdaż?



Sumując, warto sięgnąć po coś nowego, dać szansę innym produktom. Można wydobyć fajne perełki, które warto zapamiętać. Tak też było z moim dezodorancikiem w sztyfcie. Wiem, że już się z nim nie spotkam ale nie dlatego, że nie jestem z niego zadowolona ale dlatego, że jest niedostępny w Polsce. Bardzo ubolewam nad tym, bo jest fantastyczny, bardzo wydajny i przede wszystkim skuteczny! Jeśli ktoś z Was ma dostęp do zagranicznych kosmów i zobaczy  dezodorant Nature Love, nie zastanawiajcie się tylko bierzcie, bo warto!



Pozdrawiam,



wtorek, 5 czerwca 2018

Peony Kringle Candle

Peony Kringle Candle
W końcu słońce zelżało, można odetchnąć rześkim powietrzem. Od dawna nie tęskniłam tak za takim dniem jak dziś. Od tygodni oglądam pogodę i wyczekuję deszczu, którego w Łomży niestety nie ma od bardzooo dawna. Widząc inne rejony, gdzie ludziom doskwiera podtopienie aż nie mogę uwierzyć, że tu na Podlasiu jest tak strasznie sucho! Temperatura spadła o dobre 10 stopni, więc idealny czas  by usiąść i napisać o pewnym zapachu, który możecie dostać na Goodies



Zapach brałam totalnie w ciemno, z resztą jak pozostałe woski. Kieruję się instynktem zapachowym, tym wyimaginowanym. Peony to propozycja o wspaniałym, słodkim kwiatowym aromacie piwonii. Przyznam się Wam, że nie jestem specem od kwiatów i poza zapachem róży, tulipana , gożdzika czy rumianku, niestety nie mam zielonego pojęcia jak pachnie prawdziwa piwonia.


Na sucho pachnie zaskakująco znajomo! Przypomina mi perfumy sąsiadki, zapach Pani z przedszkola i Pani stojącej w kolejce w sklepie. Jest w nim coś znajomego a może faktycznie tak pachnie piwonia, o której ja nie miałam pojęcia, wtapiając się w resztki perfum znanych mi Pań. Fakt faktem jest to bardzo świeży i zarazem ciepły zapach. Bardzo wiosenny, elegancki i taki idealny, wizytowy by zapalić go w kominku czekając na gości.


Peony jest zaskakująco intensywny! Zdecydowanie wystarczy odrobinka, by móc cieszyć się wiosną w całym domu. Podczas palenia można też wyczuć akcent róży ale tej ogrodowej, która nadaje całości ciepłego klimatu . Kolejny ulubieniec, wybrany w ciemno i albo mam nosa do zapachów, albo głupawe szczęście. W każdym razie Peony to wspaniała propozycja na odświeżenie mieszkania po zimie, czy na przywołanie wspomnień z lata. Mocno kwiatowy, mocno świeży, lekki z ogonem kwiatów ogrodowych. Fantastyczny!


Cena: 12 zł
Dostępność: Goodies.pl



Pozdrawiam


niedziela, 3 czerwca 2018

Aloesowe serum wypełniające z efektem natychmiastowym od Equilibra

Aloesowe serum wypełniające z efektem natychmiastowym od Equilibra
Dawno mnie tu nie było ale Kochani sorka dosłownie brak czasu. Nawet nie mam kiedy ustawić RODO na blogu. Nie dość, że pogoda mnie dobija, bo te upały dosłownie dają mi się ostro we znaki. No ale nie przyszłam tu by Wam biadolić a napisać kilka słów o kosmetyku, po którym spodziewałam się wspaniałych efektów, tym bardziej, że do tej pory ich kosmetyki mnie nie zawiodły. Mowa o Equilibra i Aloesowym serum wypełniającym z efektem natychmiastowym.


"Serum o lekkiej strukturze, które szybko się wchłania bez wcierania. Pomaga utrzymać nawilżoną skórę twarzy przeciwdziałając oznakom starzenia. Jego formuła wzbogacona o czysty kwas hialuronowy, przywraca skórze młodość dzięki efektowi wypełnienia zmarszczek skóry twarzy."


Co zawiera aloesowe serum? Posiada aż 50% wysokiej zawartości aloesu, który ma nawilżać, chronić i przywrócić równowagę skóry twarzy. Kwas hialuronowy o wysokiej masie cząsteczkowej, który działa na powierzchnię skóry dając efekt wygładzenia. Kwas hialuronowy  o średniej masie cząsteczkowej, wspomaga warstwę pośrednią skóry. No i kwas hialuronowy  o niskiej masie cząsteczkowej, działa w głąb skóry, gdzie łączy się trwale z kolagenem trwale nawilżając. Znalazła się też gliceryna roślinna, dzięki której skóra jest mięciutka.
Serum nie zawiera parabenów i silikonu, wazeliny i PEG, olei mineralnych, parafiny oraz formaldehydów i barwników.



Samo serum ma opakowanie w wielkości kremu pod oczy.  20 ml zielonej tubki, która mieści w sobie konsystencję lekkiego żelu. Jak dla mnie konsystencja złudnie podobna do kwasu hialuronowego. Przezroczysty, bezzapachowy. Producent zaleca stosować rano i wieczorem. Kosmetyk bardzo ale to bardzo szybko wchłania się w skórę, dosłownie nie zdążę wklepać w całość a pierwsze rejony dosłownie już są suche. Niestety mam dość dziwne odczucie co niego. Otóż serum po wchłonięciu zostawia bardzo dziwne uczucie. Nie jest to typowy mat ani nie jest to uczucie nawilżenia. Z tego właśnie powodu używam o tylko nocą. Natomiast fantastycznie i ekspresowo napina. Widoczne a raczej odczuwalne jest to w okolicach oczu, nosa i ust. Skóra na szyi jest mniej wiotka, bardziej sprężysta. Po codziennych wielu godzinnych spacerach z synkiem na tym okrutnym słońcu, niestety jestem już dość mocno opalona. Na szczęście serum przyjemnie ją koi i uspakaja. 



No cóż mogę więcej napisać. Aloesowe serum faktycznie natychmiastowo wypełnia, sprawia, że stan skóry jest o wiele lepszy. Jest bardziej promienna, zdrowsza i jędrniejsza. Jedyny minus to te dziwne uczucie zaraz po wchłonięciu no i niestety średnio nawilża suchą skórę. Po samym kosmetyku mam lekki niedosyt i mam ochotę sięgnąć dodatkowo po jakiś krem. Nie mniej jednak dla cery po 30-stce, jest to fajna alternatywa do osiągnięcia młodszej i napiętej skóry. Dla mnie to ważne, tym bardziej, że efekt jest szybki i zadowalający. Cena tubki to koszt 28, 79 zł ( cena bez promocji to 36 zł )do kupienia u EquilibraSklep



Pozdrawiam,



środa, 30 maja 2018

Sierpniowe Spotkanie Blogerek W Bialymstoku Zapisy

Sierpniowe Spotkanie Blogerek W Bialymstoku Zapisy
Kochani no i kończy Nam się piękny i gorący maj, zaczyna czerwiec i niedługo wyczekane i upragnione wakacje! Co za tym idzie? Większość z Nas planuje urlop, gdzieś wybyć, zaszyć się, po prostu zniknąć i odpocząć. Dlatego póki jeszcze jesteście chciałabym Was serdecznie zaprosić na planowane spotkanie blogerek, które odbędzie się 18 sierpnia w Białymstoku!




Razem z Patrycją z bloga GabrysiowaMama chcemy by ta sobota należała do Nas. Chcemy znowu poznać nowe twarze i zobaczyć te już znane i stęsknione! Nie czekajcie tylko piszcie maila, bo liczba miejsc jest ograniczona, niestety!
Wystarczy, że w mailu napiszecie kilka słów o sobie, tematykę bloga z linkiem do niego oraz Imię i Nazwisko.

 Zgłoszenia możecie przesyłać do 13 czerwca 2018 roku. O wynikach zostaniecie poinformowane już następnego dnia, czyli 14 czerwca wiadomością zwrotną. 




Pozdrawiam,


sobota, 26 maja 2018

Royal Cherries Kringle Candle

Royal Cherries Kringle Candle
Dziś jest ten jeden dzień w roku, kiedy to wszystkie MAMY mają swoje święto! Sama mogę doświadczyć tego już po raz drugi. Dlatego Mamy łączmy się i spędźmy ten dzień najpiękniej jak możemy wspólnie z Naszymi pociechami. 
Tym pięknym akcentem mam dla Was recenzję wosku, który jak poprzednik w rzeczywistym życiu bardzo szybko jego kariera przemija. Mowa o czereśniach. Jeszcze tydzień temu czekałam kiedy będę je zrywać z drzewa, dziś już ich nie ma. Zerwane, zjedzone, przetworzone w słoikach. Na Goodies można dostać wosk od Kringle  Candle Royal Cherries czyli królewskie czereśnie! 


Producent obiecuje Nam zapach słodko-kwaśnych czereśni no i tym opisem człowiek skusił się na ten wosk. Kto wie, może to będzie zapach tak prawdziwy, tak realny, że zimą  będę miała wrażenie, że siedzę na drzewie z wiaderkiem i mimo iż ich nie widzę, to czuję je całą piersią i wszędzie dookoła. A jak jest naprawdę kiedy sięgam po Royal Cherries?



Zawsze porównuję zapach wosku czy świeczki najpierw na sucho dopiero pózniej odpalam i czekam czy wyjdzie z niego magii czar czy będzie on totalną klapą. Tutaj na dzień dobry dostaję mocny, bardzo intensywny i słodki policzek sztucznych, landrynkowych wiśni. Nie jest to to, czego się spodziewałam. Jest to bardziej garść cukierków, zapach wiśniowej galaretki bądz konfitury. Nie przypomina mi to czereśni, niestety. Po odpaleniu zapach robi się delikatniejszy ale główne akcenty nie zmieniają się. Owocowy, słodki, hmm lekko przytłaczający. Miły ale nie do końca mój. Brakuje mi w nim tej rześkości, tego powiewu wiatru, którym miotane są czereśnie na drzewie. Nie mniej jednak może otulić pomieszczenie w zimne i chłodne wieczory i dać namiastkę lata.


Royal Cherries dla mnie to bardziej wiśniowa uczta niż garść czereśni. Szkoda, bo wiem, jak ciężko jest odzwierciedlić zapach tego owocu i miałam nadzieję, że Kringle sobie z tym poradzi. No ale nie wszystko musi być tak jak ja chcę. W każdym razie fanki owoców, słodkich wiśniowych landrynek na pewno go pokochają. Dla mnie mu troszkę brakuje tego "czegoś" tego kopnięcia, tej "chrupkiej" skórki pękającej pod zębami.. ach cóż to byłby za zapach...

Cena: 12 zł
Dostępność: Goodies


Pozdrawiam,



środa, 23 maja 2018

Fresh Lilac Kringle Candle

Fresh Lilac Kringle Candle
Bez, któż go nie kocha? Jest to jeden z pierwszych kwiatów, który pomaga mi zapomnieć o szarej i ponurej zimie. Ta fioletowa gałązka potrafi rozgrzać serce. Niestety jego kariera trwa krótko bo raptem kilka tygodni ale na szczęście mamy zamiennika od Goodies w postaci wosku Kringle Candle.


Niestety czas bzu już minął, zostały po nim tylko wspomnienia  i oczekiwanie do kolejnej wiosny! Na szczęście przychodzi do Nas Fresh Lilac, który ma przedłużyć jego moc i nawet o cały rok. Czy rzeczywiście wosk od Kringle Cangle pachnie jak filetowy bez, ten prawdziwy, rosnący u babci w ogórku albo u sąsiada za płotem? Bardzo bym chciała, jednak to marzenie ściętej głowy, niestety a może się mylę?


Fresh Lilac na pierwszy węch faktycznie przypomina do złudzenia  zapach świeżego bzu. Jednak przy dogłębnym wproszeniu się na imprezę przypomina mi zapach, który kiedyś latami moja mama raczyła nim toaletę. Smutna rzeczywistość i to w jakim wydaniu! No ale nie zostało nic innego jak odpalić go w kominku. Jakie moje zdziwienie było kiedy po kilku minutach cudownie i tak wspaniale po mieszkaniu rozprzestrzenił się zapach, kwiatu, który chyba wszyscy kochają. Ciepły, otulający, jakże prawdziwy i mega intensywny! Dla wrażliwych nosów odradzam ewentualnie polecam na początek tylko malutki kawałeczek, by zapach mógł unieść się delikatnie po mieszkaniu, by po prostu nie przesadzić i nie zrazić się do niego. Dziwne i miłe zaskoczenie! Pierwsze spotkanie z tym woskiem było lekkim nieporozumieniem a potem spotkała mnie tylko czysta przyjemność i to w postaci autentycznej i to porządnej gałązki bzu.

Cena: 12 zł.
Dostępność: Goodies


Pozdrawiam,



niedziela, 20 maja 2018

Biała Bania Agafii, szampon-balsam do włosów

Biała Bania Agafii, szampon-balsam do włosów
Ostatnio przechodząc między regałami w osiedlowym sklepiku zobaczyłam, że mają dość ciekawe kosmetyki. Od szamponów i żeli Balea po nawet Banię Agafii. Jak Balea znam tak te drugie zachciało mi się sprawdzić. Tym bardziej, że ceny strasznie śmieszne,  dałam za niego całe 5 zł, więc grzechem byłoby nie wziąć i nie wypróbować. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z rosyjskim balsamem-szamponem do włosów więc ciekawość była jeszcze większa.


Co zawiera Biała kąpiel Agafii? Po za składem, który poniżej widzicie szampon posiada kilka ciekawych ekstraktów jakimi są:

- ekstrakt z jagód borówki brusznicy i owoce czerwonej jarzębiny. Intensywnie nawilżają włosy i zawierają witaminę C i E.
- ekstrakt z kwiatu nagietka lekarskiego, normalizują pracę gruczołów łojowych skóry głowy.
-  ekstrakt z kwiatów łąkowego geranium , który wzmacnia włosy od samej nasady.
- ekstrakt ze szkarłatu bogaty w witamnię E i B, odżywia skórę głowy.

Poza ekstraktami mamy również cenny organiczny olejek z rokitnika, który stymuluje wzrost włosów, liście herbaty kurylskiej odpowiedzialne za elastyczność i sprężystość. 


Biała bania Agafii posiada dość gęstą konsystencję, więc myślę, że dlatego nadano jej nazwę -balsam-szampon. Mimo tego jest bardzo wydajnym kosmetykiem. Mimo moich dość długich i gęstych włosów wystarczy niewielka ilość by czupryna pokryta była przyjemną, białą pianą. Kolejny plus to zapach. Bardzo niespotykany, taki troszkę męski z odrobiną piżmowego akcentu. W butelce jest w miarę delikatny a na włosach cudownie się rozwija i pozostaje na całkiem długo.



Jak działa i jak wpływa na włosy i skórę głowy ten rosyjski specyfik? Otóż Kochani nie często zdarza mi się poczuć miętę do kosmetyku już przy pierwszym użyciu. Tutaj właśnie tak było. Od samej aksamitnej konsystencji, po fantastyczny zapach no i efekt końcowy. Moje włosy odżyły! Po ostatnich tygodniach intensywnego słońca były dość mocno przesuszone i jakieś takie ochlapłe. No ale od początku. Szampon doskonale i szybko oczyszcza nawet z olei. Włosy są wspaniale je odżywia, nadaje im sprężystości i lekkości a do całości nawilża je, dzięki czemu odzyskują blask i zdrowy wygląd.


Biała Bania Agafii kupiona na próbę i niespodziewanie okazała się moją miłością i wybawieniem na popromienny przesusz na włosach. Bardzo szybko pozytywnie wpływa na skórę głowy i włosy. Nie obciąża ich nie plącze. Włosy są gładkie, sprężyste, dogłębnie oczyszczone, zniknął efekt nadmiernego słońca i do tego cudownie i inaczej pachną... Uwielbiam!



Pozdrawiam,


Copyright © 2016 My women's world , Blogger